niedziela, 27 maja 2012

Wyjątkowe urodziny Wojciecha Kilara

W piątek kilka tysięcy osób uczestniczyło w Uroczystej Gali z okazji 80. urodzin Wojciecha Kilara. To absolutnie nie był zwykły koncert, chociaż na scenie znajdowała się Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia pod dyrekcją José Marii Florêncio, Chór Polskiego Radia, Marek Szlezer za fortepianen i Iwona Hossa (sopran), która w pewnym momencie wykonała bardzo efektowną wokalizę z tematu do firmu Dziewiąte wrota Romana Polańskiego.

Mieliśmy do czynienia z wielkimi zrealizowanymi z rozmachem urodzinami jednego z ciekawszych współczesnych polskich kompozytorów. W piątek,w trakcie 5. Festiwalu Muzyki Filmowej, muzycy, branża filmowa i kilka tysięcy wielbicieli muzyki filmowej złożyło bezwględnie należny mu hołd.

W hali ocynowni ArcelorMittal Poland, zabrzmiały najbardziej znane, reprezentatywne dzieła muzyki filmowej wybrane z przebogatej tutaj twórczości polskiego kompozytora. Wojciech Kilar napisał muzykę do ponad 130 filmów! Muzyce towarzyszyły fragmenty filmów wyświetlane na wielkim ekranie przerywane życzeniami urodzinowymi i wspomnieniami ważnych postaci filmu adresowanymi do siedzącego w hali kompozytora.

foto. Wojciech Wandzel, KBF

Uroczą anegdotkę o pierwszym pobycie Wojciecha Kilara w Niemczech związanym z zamówieniem na muzykę filmową opowiadał z ekranu Krzysztof Zanussi, widownię rozbawiło też wideowspomnienie Andrzeja Wajdy, kiedy powiedział, jak Wojciej Killar przedstawił mu swoją wizję muzyki do Pana Tadeusza. Prezentując muzykę, kompozytor dodał, że jedyne co jeszcze tylko pozostaje, to dorobić do niej film.

Były też listy z życzeniami od Romana Polańskiego, Jane Campion, reżyserki Portretu damy i Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Ciepło i serdecznie o Wojciechu Kilalarze wypowiadali się też obecni w hali Grażyna Szapołowska, Jan A.P. Kaczmarek i Nancy Knutsen – wieloletnia asystentka Johna Williamsa i członkini Amerykańskiego Stowarzyszenia Kompozytorów, Autorów i Wydawców.

Knutsen, wspominając mijającą w tym roku rocznicę hollywoodzkiej premiery filmu Drakula przypomniała, jak dużo dla polskiej muzyki zrobił Wojciech Kilar.
- To było dwadzieścia lat temu. Tuż po Halloween. Muzykę Wojciecha Kilara grało się na okrągło – mówiła.

Gala podzielona była na dwa godzinne bloki przedzielone 20-minutową przerwą. Zagrano tematy między innymi z Trędowatej, Smugi cienia, Ziemi obiecanej, Kroniki wypadków miłosnych, Pana Tadeusza, filmu Śmierć i dziewczyna, Pianisty oraz Dziewiątych wrót. Koncert zamykała kilkunastominutowa suita z filmu Dracula.

To absolutnie nie był wieczór dla wielbicieli starannie wyciszonych wnętrz filharmonii. Detalami gry Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia cieszyli się, i to też nie bez zastrzeżeń, tylko nieliczni siedzący najbliżej sceny. Znakomita większość widzów dużego widowiska skazana była na amplifikowaną muzykę tak sobie słyszaną w potężnym wnętrzu hali ocenownii. Może też dlatego w trakcie gali nie zagrano żadnego niefilmowego utworu Kilara. To było przede wszystkim święto muzyki filmowej i jednego z jej największych twórców. Krzesanego czy Orawy posłuchamy jeszcze nie raz – w innych, bardziej ku temu sprzyjających warunkach.

A kto muzykę filmową ceni nad każdą inną będzie miał wkrótce dodatkowy powód do radości. Widzowie w całej Polsce zobaczą piątkową galę 22 lipca, tuż po przypadających 17 lipca urodzinach kompozytora, na antenie telewizyjnej Dwójki.

piątek, 25 maja 2012

Vivaldi z Capellą Cracoviensis

Alberto Stevanin, uznany skrzypek i zarazem koncertmistrz krakowskiego zespołu od 2009 roku jest perfekcjonistą – w trakcie przerw w koncercie długo męczył muzyków długotrwałym, precyzyjnym strojeniem. Słusznie. Być może był to jeden z powodów, dla których koncert z muzyką Vivaldiego zamykający cykl Wielka Majówka zaliczyć należy do tych udanych, choć niekoniecznie najlepszych. Muzycy grali bardzo przyzwoicie, chwilami wybornie.

Dążenie do perfekcji Alberta Stevanina udzieliło się wszystkim członkom Capelli, co słychać było zarówno w partiach solowych, jak i gdy grała cała, tym razem kilkunastoosobowa orkiestra.

Spośród kilku zagranych utworów Vivaldiego szczególnie spodobał mi się Koncert na 4 skrzypiec i wiolonczelę RV 567 oraz Koncert na dwie trąbki RV 537. W tym pierwszym soliści byli bardzo przekonujący, a sam Alberto Stevanin wyśmienity – dynamiczny, melodyjny i subtelny – typowy Włoch grający Vivaldiego. W tym drugim zaskoczyły mnie natomiast.., trąbki. A dokładniej trębacze – Marian Magiera i Paweł Gajewski bardzo efektownie wykonali swoje niełatwe partie. Zabrzmiały intrygująco, nie przesadnie głośno w niewielkiej Auli bł. Jakuba.

Musiała się podobać również Sonata na dwoje skrzypiec i basso continuo RV 64. Dialogujące tutaj ze sobą skrzypce Stevanina i Jadwigi Czepielowskiej na tle klawesynu i wiolonczeli były efektowne, wirtuozerskie.

Wydaje się, że powoli rodzi się już nowy, własny styl przebudowanej Capelli. Oczywiście zespół gra bardziej żywiołowo i melodyjnie, gdy prowadzi go Stevanin i bardziej chłodno, precyzyjnie, gdy dyryguje Jan Tomasz Adamus, ale pewne cechy charakterystyczne zaczynają się pojawiać. Capella wydaje się, że jest gdzieś w połowie drogi pomiędzy radością i temperamentem Włochów, a poważnym, zdystansowanym, głębszym podejściem niektórych wykonawców brytyjskich i niemieckich. Rosną też umiejętności muzyków – zespół gra wyraźnie lepiej niż kilka miesięcy temu.

A na horyzoncie pojawia się kolejny – chyba jeden z najtrudniejszych egzaminów. 6 czerwca Capella Cracoviensis pod dyrekcją swojego szefa wystąpi u boku wybitnych solistów w trakcie kolejnego koncertu Opery Rary. Posłuchamy koncertowej wersji Giulio Cesare in Egitto Händla.

sobota, 19 maja 2012

Zbawienny wpływ dobrego dyrygenta

Nie wiem czy Marek Pijarowski, dyrygent-szef Orkiestry Filharmonii Poznańskiej czuł się w piątek w Krakowie jak w domu – w końcu w latach 2002-2005 był I dyrygentem Filharmonii Krakowskiej. Ale wiem, że jej muzycy w trakcie piątkowego koncertu grali pod jego batutą po prostu wyśmienicie.

Zaczęło się bardzo lekko – starannie zagranym pochodem pięciu wiolonczel w Uwerturze do Wilhelma Tella Rossiniego. Fragmenty solowe prezentowały się tutaj wirtuozersko. Dyrygent później docenił grę wiolonczel, dziękując wiolonczelistom po wykonaniu utworu. Skrzypcowa, doskonale znana galopada w Uwerturze w wykonaniu krakowskich muzyków tym razem wyszła po prostu bajkowo – równo, dynamicznie i radośnie. Niby doskonale znany utwór, wykonywany i odtwarzany bardzo często, ale tym razem dzięki żywej i potężnej interpretacji, można się nim było delektować z wielką przyjemnością.

Po Uwerturze i krótkiej przerwie technicznej na scenie pojawił się fortepian i za nim Adam Wodnicki. Zagrano II Koncert fortepianowy c-moll Siergieja Rachmaninowa. Pianista był bardzo dobry - subtelny i delikatny w bardzo dobrym znaczeniu tego słowa. Orkiestra w bliskiej współpracy z dyrygentem cały czas go wspierała. Efekt końcowy znakomity. Musiało się podobać – oklaski były długie.

Przerwa. Po niej Moja matka gęś Ravela (przyjemne, dobrze zagrane) i Pinie rzymskie Ottorina Respighi, czteroczęściowy poemat symfoniczny z 1924 roku. Zamykająca go czwarta część Pinie na Via Appia nawiązuje do sceny triumfalnego pochodu zwycięskiego konsula zmierzającego na Kapitol. To monumentalna, potężna, groźna, wręcz ponura muzyka – wzbudza niepokój.

Muzycy i dyrygent oddali zamysł kompozytora bezbłędnie. Nie sposób, biorąc pod uwagę rok powstania dzieła, odrzucić myśli, że tak naprawdę Respighi pokazał nam tutaj nie obrazek ze Starożytnego Rzymu, ale faszystowski marsz na Rzym z 1922 roku. Poruszające dzieło.

A cały koncert po prostu wyśmienity – jeden z lepszych w kończącym się już sezonie.

Klasycyzująca Capella Cracoviensis

Kwartet smyczkowy składający się z muzyków Capelli Cracoviensis, ośmiu jej chórzystów oraz Jan Tomasz Adamus w roli organisty i dyrygenta, stworzyło bardzo intrygującą atmosferę w czwartkowy wieczór w niewielkiej Auli bł. Jakuba w Klasztorze Franciszkanów w Krakowie.

Pomysł, aby koncert kameralny odbył się właśnie tam był po prostu genialny. Akustyka tego pomieszczania jest unikatowa – brak jakichkolwiek miękkich materiałów i ostrych załamań w połączeniu z relatywnie niedużą powierzchnią powoduje, że głośny szept brzmi w Auli, jak normalna rozmowa, a instrumenty robią wrażenie amplifikowanych. Nawet niewielkie organy Jana Tomasza Adamusa brzmiały zaskakująco głośno, nie mówiąc już o kwartecie smyczkowym i śpiewie solistów.

Jednak koncert był interesujący nie tylko ze względu na unikatową akustykę sali koncertowej. Salve Regina Haydna, drugi utwór wieczoru, w wykonaniu kwartetu wzbogaconego o organy i czterech chórzystów musiał się podobać. Capella zagrała go na poziomie dojrzałego zespołu wykonującego muzykę dawną.

Podobnie było z Missą brevis G-dur KV 49 Mozarta, która była jednym z najważniejszych punktów programu - tutaj chór został rozbudowany do ośmiu osób. Melodyjnie, ale bez przesady, nieco oszczędnie, starannie. Z pewnością ciekawa interpretacja i zarazem kolejny dowód na to, że chór Capelli, bez względu na jego liczebność dopasowaną do konkretnego dzieła, jest bardzo silnym składowym zespołu Adamusa.

Missę brevis G-dur wzbogacono o trzy krótkie utwory: Epistelsonate G-dur i Ave verum Mozarta oraz O sacrum convivium Pergolesiego. Wszystkie były zagrane i zaśpiewane naprawdę nieźle – wysoki poziom. Krakowski zespół, co bardzo cieszy, słychać że cały czas się rozwija. Z koncertu na koncert gra coraz lepiej.

Drobne zastrzeżenia mam do otwierającego wieczór Kwartetu smyczkowego C-dur Dysonansowego KV 465 Mozarta. Nie brzmiał idealnie – zwłaszcza na samym początku muzykom brakowało pewnej dokładności i lekkości. Czuć było zdenerwowanie.

Ale to detal, który nie zatarł ogólnie bardzo dobrego wrażenia. 24 maja odbędzie się ostatni koncert Capelli w ramach cyklu Wielka Majówka. Dyrygentem i solistą będzie Alberto Stevanin, wybitny skrzypek, koncertmistrz krakowskiego zespołu. W programie znajdzie się kilka utworów Vivaldiego. Ja się wybieram. Koncert z 17 maja był ponadprzeciętną i zdecydowanie pozytywną rekomendacją.

---------------------------------------------

Hmm…. Aula bł. Jakuba nie jest duża. Wypełniona była w całości. Kilku melomanów musiało stać. I druga uwaga – Jan Tomasz Adamus był zaskakująco rozmowny. Kilka razy w trakcie koncertu opowiadał o wykonywanych utworach. W takiej roli widziałem go po raz pierwszy i życzę mu, by z tych narracji nie zrezygnował. Jego uwagi nie były trywialne.

wtorek, 15 maja 2012

Maksymiuk preludiuje Kabarę

Uwielbiam słuchać Jerzego Maksymiuka – zarówno wtedy, gdy dyryguje, jak i wtedy, gdy barwnie opowiada. Tak było też w trakcie wtorkowego koncertu w Filharmonii Krakowskiej, kiedy maestro po wykonaniu pierwszego utworu powiedział, że on dzisiaj tylko „preludiuje maestro Kabarę” – zagra jeszcze jeden utwór i dyrygent się zmieni.

Projekt, który przedstawił Jerzy Maksymiuk z Sinfonią Iuventus i Robert Kabara z Sinfoniettą Cracovia w ramach nowego cyklu Sinfonietty „Czysta Forma” był co najmniej nietuzinkowy. Na scenie spotkały się dwie orkiestry – równocześnie. Jedna siedziała na lewo od dyrygenta, druga na prawo, pośrodku przed pulpitem dyrygenta ustawiono fortepian.

Repertuar był niemniej niezwykły, niż sam skład. Najpierw zagrano chyba jeden z bardziej popularnych utworów XX wieku – Adagio na smyczki Samuela Barbera. Kiedy wielki Arturo Toscanini zaprezentował utwór Amerykanom, New York Times napisał, że propaguje „przedpotopową skamielinę”. Adagio jednak publiczności się spodobało i do dzisiaj grane jest chętnie i często. Krakowskie wykonanie na dwie orkiestry pod dyrekcją Jerzego Maksymiuka było po prostu śliczne. Muzycy grali z zaangażowaniem, bardzo przyjemna, głęboka była barwa połączonych orkiestr, musiała się podobać – frazy prowadzone były subtelnie i precyzyjnie.

Drugim utworem była Fantazja na temat Thomasa Tallisa Ralpha Vaughan Williamsa, angielskiego kompozytora zmarłego w 1958 roku, który łączył w swojej twórczości tradycję późnoromantyczną z elementami neoklasycyzmu i niemałymi wpływami folklorystycznymi. Utwór w Krakowie zabrzmiał po raz pierwszy i być może, co podkreślił Jerzy Maksymiuk, było to również jego polskie prawykonanie. Dzieło napisane na dwa zespoły smyczkowe jest bardzo reprezentatywnym przykładem twórczości Williamsa. To bardzo angielska muzyka. Orkiestry pod dyrekcją Jerzego Maksymiuka poradziły sobie bezbłędnie z długimi, spokojnymi, wręcz majestatycznymi płynącymi wariacjami, do których dołączono efektowne solowe fragmenty.

Potem przerwa – po niej miejsce za pulpitem dyrygenckim zajął Robert Kabara i muzycy zagrali utwór absolutnie wyjątkowy, zdaniem wielu jedną z najlepszych kompozycji na instrumenty smyczkowe XX wieku – Muzykę na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę Béli Bartóka. Czteroczęściowe, bardzo skomplikowane, pełne innowacji strukturalnych i technicznych dzieło po prostu wstrząsnęło słuchaczami. Muzycy uważnie pilnowali ram narzuconych przez kompozytora, musieli być diabelnie dokładni, inaczej kompozycja by się po prostu rozsypała. Tu się udało, było bardzo, bardzo dobrze. Zadowolony był też siedzący wśród publiczności Jerzy Maksymiuk, który gdy muzycy przestali grać, głośno krzyknął „Brawo!”. A słuchacze… nagrodzili muzyków owacjami na stojąco. Należały się.

Był też jeden bis – dynamiczny fragment z ostatniej kompozycji wieczoru. A ja niecierpliwie oczekuję kolejnego koncertu z cyklu „Czysta Forma”.

poniedziałek, 14 maja 2012

Wiolonczela Dezyderiusza Danczowskiego

Filharmonia Krakowska przeniosła niedzielny koncert kameralny Kai Danczowskiej (skrzypce), Anety Dumanowskiej (altówka), Bartosza Koziaka (wiolonczela) i Justyny Danczowskiej (fortepian) z sali kameralnej filharmonii do większej sali Florianka Akademii Muzycznej. Nie pomogło. I tak dla niektórych słuchaczy miejsc siedzących zabrało – musieli stać. Ale było warto.

Muzycy zagrali Kwartet fortepianowy Es-dur Roberta Schumanna i po przerwie Kwartet fortepianowy g-moll Johannesa Brahmsa. Już początek pierwszego Kwartetu był intrygujący – wybitna polska skrzypaczka, razem ze swoją córką i przy pomocy świetnej Anety Dumanowskiej, dla mnie znanej przede z gry w Sinfonietcie Cracovia, oraz lirycznego Bartosza Koziaka stworzyli wyjątkowy nastrój, który modyfikowany nie opuszczał sali aż do końca wieczoru.

Artyści cały czas grali ponadprzeciętnie, a chwilami wręcz bajkowo. Zamykające wieczór Presto. Rondo alla Zingarese z Kwartetu Brahmsa było wyjątkowym pokazem wirtuozerii – dodajmy wykonywanej przez pełny skład kwartetu fortepianowego. Ten fragment zresztą został zagrany jeszcze raz – na bis.

Atmosfera wieczoru była wyjątkowa nie tylko dlatego, że na scenie spotkała się jedna z najwybitniejszych polskich skrzypaczek ze swoją bardzo zdolną, z jednej strony dojrzałą już artystycznie a z drugiej cały czas rozwijającą się córką – pianistką, ale również dlatego, że nad muzykami unosił się duch Dezyderiusza Danczowskiego, dziadka Kai Danczowskiej, wybitnego wiolonczelisty, pedagoga, a nawet kompozytora. Na jego wiolonczeli będącej XIX-wieczną kopią instrumentu J.Guadagniniego grał, zresztą świetnie, Bartosz Koziak.

W sumie bardzo dobry koncert. W tym zestawie wszystkich czterech muzyków z przyjemnością wysłuchałbym jeszcze nie raz.

sobota, 12 maja 2012

Przeciętnie, dobrze, bardzo dobrze

Muzycy Filharmonii Krakowskiej pod dyrekcją Arthura Fagena, aktualnie dyrektora artystycznego Atlanta Opera, i w towarzystwie Elisso Bolkvadze, gruzińskiej pianistki - laureatki między innymi prestiżowego konkursu Vana Cliburna w USA, przypominali w piątkowy wieczór lokomotywę z wiersza Tuwima. Zaczęli ospale i nierówno, by skończyć efektowne i niemal brawurowo.

Koncert zaczął się od Danse macabre Saint-Saënsa. Rozpoczął go chyba nieco za szybko Athur Fagen, który w iście amerykańskim stylu ukłonił się krótko na wejściu publiczności i niemal natychmiast zaczął dyrygować. Być może przez to orkiestra robiła wrażenie lekko zdezorientowanej, niewystarczająco skupionej. Efektowny krótki poemat symfoniczny wyszedł w wykonaniu krakowskich filharmoników tym razem tak sobie. Parta solowa na przestrojonych skrzypcach (skordatura – struna E na Es) w wykonaniu Wiesława Kwaśnego nie zachwycała, poszczególne partie instrumentów nie do końca idealnie ze sobą współpracowały. Było przeciętnie – bez rewelacji.

Ale potem zaczęło być zdecydowanie bardziej ciekawie. Na scenie pojawił się fortepian i za nim Elisso Bolkvadze. Zagrano II Koncert fortepianowy g-moll Saint-Saënsa. Różnorodny, chwilami nastrojowy, chwilami bardzo szybki, pełen popisowych pasaży utwór gruzińska pianistka zagrała z dużą energią, co podkreślała nieco teatralnymi gestami. Radziła sobie jednak ponadprzeciętnie z niełatwymi fragmentami, dzielnie sekundowała jej również tym razem zdecydowanie lepiej grająca orkiestra, w której między innymi zmieniły się pierwsze skrzypce. Wiesława Kwaśnego zastąpił Paweł Wajrak. Wypadło więcej niż nieźle – mogło się podobać. Szkoda niestety, że solistka nie dała się namówić, mimo gorących braw, na choć jeden bis.

Po przerwie było niemal idealnie. Muzycy, już bez solistki i z powrotem z koncertmistrzem Wiesławem Kwaśnym zagrali Obrazki z wystawy Modesta Musorgskiego w wersji orkiestrowej w opracowaniu Ravela - precyzyjnie, efektownie, chwilami brawurowo. Dyrygent skutecznie kontrolował muzyków, skrzypce grały bardzo dobrze, panie i panowie od instrumentów dętych nie byli gorsi, specjaliści od talerzy i kotłów również zdali egzamin. Brawo.

Tak więc był to przyjemny, ciekawy wieczór. Szkoda tylko tego rozpoczynającego koncert balu kościotrupów…